.

.

czwartek, 3 grudnia 2015

Jak dążyć do realizacji swoich pomysłów?







Wiadomym jest, że od pomysłu do jego realizacji droga bywa często daleka. Daleka i wyboista, zwłaszcza, że na każdym jej etapie pomysł może nam zwyczajnie umrzeć. Bywa i tak, że początkowo idea, rozbłyska w naszym umyśle świetlistym płomieniem by za chwilę spłonąć doszczętnie, zgasnąć i jedyne co po niej zostaje to skromna garstka popiołów, którą zaraz wiatr rozdmuchuje na cztery strony świata i słuch o niej ginie na wieki. Bywa i tak, że pomysł już jest w trakcie wdrażania i nierzadko bywa to już stan zaawansowany, a jednak nagle znikąd wyrasta przed nami jedna czy druga przeszkoda, która nas przerasta i uniemożliwia dalsze przedsięwzięcie. Smuteczki są wtedy i człowiek, zgaszony i strapiony rezygnuje i odchodzi. Czasami nawet rozprawi się z jedną przeszkodą, potem z drugą też pójdzie mu całkiem sprawnie, ale powiedzmy, że trzecia to będzie prawdziwa przeszkoda-skurczybyk i tej już nie podoła. Różnie bywa. Zdarza się, że na drodze do realizacji pomysłu wcale nie stają przeszkody, a po prostu towarzyszą jej rozmaite rozpraszacze, a jak człowiek jest na takie podatny to już w ogóle sprawa nie ma się najlepiej.


Z góry uprzedzam, że w tym poście nie znajdziecie cudownej recepty jak krok po kroku należy wprowadzać w życie swoje pomysły, nie zamierzam snuć esejów o wytrwałości, czy powtarzać oklepanych fraz typu: Wszystkie przeszkody są w Twojej głowie, bo to też nie do końca prawda*. Po prostu chciałabym się podzielić luźnymi przemyśleniami, odnośnie moich obserwacji tego jak zachowują się ludzie, jak działają, tudzież jak nie działają. Może też to wokół siebie zaobserwowaliście coś podobnego, a może nigdy nie zwracaliście na takie rzeczy uwagi, może znajdziecie tu coś co okaże się dla Was przydatne.


Wiele książek, poradników, czy też speców od samorozwoju każe nowo powstały pomysł zapisać. Nie neguję tego, ale muszę przyznać, że moje uczucia są co do tego raczej mieszane. Niektóre pomysły trudno jest zapisać zwłaszcza w tej fazie wstępnej kiedy ciągle jeszcze taki pomysł się krystalizuje i zamiast pięknego fasonu, tworzy bezkształtne chaotyczne coś. Zapisanie takiego potworka przynajmniej mnie zawsze zrażało, bo zamiast cieszyć się pierwszą formą jego namacalności, człowiek z przerażeniem patrzył jakie to to okropne. Moim zdaniem, zanim przeleje się taki pomysł na papierowe, czy też elektroniczne stronice musi on odpowiednio dojrzeć, uformować się, tak aby na papierze wyglądał równie atrakcyjnie jak w Waszej głowie.

Następnie zaleca się, aby z pomysłem podzielić się z innymi, zacząć o nim opowiadać. Tak mówią poradniki. Zasada niby działa tak, że jak już się coś komuś powie to ma się większe poczucie obowiązku aby słowa dotrzymać. Człowiek wtedy czuje, że musi stanąć na wysokości zadania i zabrać się do pracy nad tematem, który już jest przecież w drugiej fazie namacalności, czyli istnieje  w słowie mówionym. Poza tym im częściej się o nim mówi, tym wyrazistszych nabiera kształtów, a reakcje osób zewnętrznych sprzyjają motywacji do działania (w pożądanym scenariuszu oczywiście). I myślę, że to może działać, to faktycznie może działać. Ale nie u każdego.

Wielu ludzi z upodobaniem potrafi godzinami opowiadać o swoich pomysłach, nie przepuszczą żadnej napotkanej istocie, z każdą muszą się podzielić swoimi wizjami. Taki człowiek potrafi chodzić cały miesiąc i opowiadać. Jak go poniesie to nawet drugi i trzeci! A potem? Potem albo jest cisza, albo pojawia się inny pomysł, o którym chętnie opowiada. Po prostu sam ten proces dostarcza mu tyle endorfin, że nie czuje on większej potrzeby zabierać się do pracy nad wprowadzaniem w życie swojego pomysłu. A kiedy samo rozprawianie o nim przestaje ekscytować, to tym bardziej znika motywacja do działania.

Dla niektórych znów podzielenie się swoim pomysłem z innymi jest wysoce stresujące, bo wiąże się z zobowiązaniem i taki człowiek faktycznie przechodzi do działań, ale zamiast odczuwać satysfakcję, otacza go atmosfera presji. Taki człowiek się frustruje i już sam nie wie czy robi to dla siebie, czy chce po prostu sprostać zewnętrznym oczekiwaniom. A to przecież mija się z celem.

Jeśli chodzi o mnie, to kiedy mnie nawiedza jakaś poważniejsza wizja, staram się możliwie jak najdłużej nie wypuszczać jej na zewnątrz. Spoglądam sobie na nią tylko oczyma wyobraźni. Obserwuję jak nabiera kształtów: przepracowuję w myślach możliwe ścieżki jej realizacji, badam prawdopodobieństwo powodzenia, tudzież ryzyko ewentualnych przeszkód. Nikomu o niej nie mówię. Czasem zdradzę, że nad czymś myślę/pracuję, ale nie wchodzę w szczegóły, tłumacząc, że nie chcę zapeszyć (co, w istocie, jest prawdą).  Po jakimś czasie odważam się sięgnąć po swój notatnik i przelać myśli na papier. Wszystko dokładnie rozpisuję. Tworzę mapy myśli, rysuję wizualizacje. Przyglądam się potem tym bazgrołom i koślawym szkicom, a kiedy wszystko wydaje się być ok, przystępuję do działania. Nie mam problemu ze startem bo trzymanie pomysłu w tajemnicy sprawia, że energia wręcz zaczyna rozsadzać mnie od środka. A kiedy nadchodzi właściwy czas, wszystkie jej zasoby koncentruję na działaniu.

W moim przypadku ta strategia, raz że sprawdza się najlepiej, a dwa następuje bardzo naturalnie. Każdy z nas jest jednak inny i to co u jednego zdaje egzamin, u innej osoby może kompletnie nie funkcjonować. Na pewno ważna jest świadomość czyhających pułapek, dzięki niej można (a nawet trzeba!) nauczyć sprawnie się ich unikać i efektywnie wprowadzać w życie to co sobie zaplanowaliśmy.



* Wiele zależy od szczęścia, od przypadku, ewentualnie innych czynników, co jednak nie wyklucza tego, że zawsze można, a nawet trzeba temu szczęściu pomóc. Z tym jest podobnie jak z weną, można na nią czekać, czekać i nigdy się jej nie doczekać. Wena to mądre stworzenie, szwenda się swoimi drogami jak kot, a kiedy przyjdzie niezauważenie do człowieka i zobaczy, że ten człowiek się obija to zwyczajnie pójdzie sobie dalej, ale kiedy zastanie go przy pracy, to nie ma możliwości aby nie okazała swojej szczodrości. Dlatego należy robić wszystko co Waszej mocy, żeby temu szczęściu ułatwić sprawę. Jak nie pyknie to trudno, ale przynajmniej będziecie mieli spokojną duszę i czyste sumienie, że dołożyliście wszelkich starań.


2 komentarze:

  1. Bardzo mądre słowa. Pozdrawiam serdecznie.
    http://balakier-style.pl/

    OdpowiedzUsuń
  2. Nice post

    Love Vikee
    www.slavetofashion9771.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń