.

.

niedziela, 8 maja 2016

Moja szafa - jak obecnie wygląda?




Ostatni raz opowiadałam o tym co mam w swojej szafie dobrych parę lat temu w babskim.tv. Od tamtego czasu sporo się zmieniło, ale też całkiem niemało pozostało bez zmian. Mój blog już dawno przestał koncentrować się na modzie  bo i jego autorka poświęca jej o wiele mniej uwagi niż np 4-5 lat wcześniej*. Nie mam nadmiernej ochoty jej obserwować, ni też dotrzymywać jej kroku. Wychodzę  z założenia, że to moda i ubrania są dla mnie, a nie ja dla nich. Ideałem mojej relacji z modą jest minimum mojego wysiłku, maksimum wygody i dobrego samopoczucia. Nie oznacza to znowu, że jedyne w czym chodzę to dres, bynajmniej. Definicja wygody i  komfortu dla każdego jest trochę inna. Dla mnie np oznacza płaskie buty, miękką bawełnę, luźne letnie sukienki, miękkie delikatne biustonosze lub najlepiej ich całkowity brak (kiedy to możliwe). Ale chyba najważniejszym clou tego co sprawia, że czuję się dobrze i przyjemnie jest brak presji, poczucie, że nic nie muszę. Mogę tylko chcieć.


No, ale dobrze, przejdźmy do konkretów. Obecnie większość moich ubrań mieści się w dwóch punktach: pierwszym jest wieszak na którym mieści się  tzw strefa uniformu, a drugim takim miejscem jest szafa, w której wiszą rzeczy, które się uniformizacji totalnie nie poddają, za to idealnie pasuje do nich określenie wolność i swoboda.

Moda zdecydowanie nie jest czymś wokół czego kręci się moje życie, ale nie jestem też ignorantką i doskonale zdaję sobie sprawę z mocy wizerunku  i tego, że jest bardzo ważną płaszczyzną komunikacji. Jak bardzo byśmy nie zaprzeczali, nie piętnowali i nie odżegnywali się od tego - oceniamy siebie nawzajem po wyglądzie (nie tylko, lecz również), jest tak od zarania dziejów i żadne romantyczne memy z obrazkiem zapłakanej dziewczynki na torach tego nie zmienią. Razem z gestykulacją, czy mimiką zalicza się do komunikacji niewerbalnej. Zwykła rzecz, nic nadzwyczajnego, proza życia, którą teraz po prostu mamy możliwość ubierać w bardziej profesjonalne słownictwo.

Wróćmy jednak do tego co mam w szafie! Mając więc świadomość tego, że swoim ubraniem komunikujemy innym jaką osobą jesteśmy, wraz z rozpoczęciem prowadzenia swojej działalności zmuszona byłam utworzyć przestrzeń w swojej szafie na rzeczy o wydźwięku oficjalnym, w których będę mogła pracować i  spotykać się z klientami. Dziś ta przestrzeń nie jest już dla mnie taka straszna, zwłaszcza, że służbowy uniform złagodziłam i optymalnie dopasowałam do swojej osoby (profesjonalność, profesjonalnością, ale kurde, jestem w końcu fotografem, a nie korpoludzikiem, który musi mieć dociśnięty krawacik, że  ledwo przełyka ślinę!).
W tej części znajdziecie cieńsze okrycia wierzchnie jak wiosenne płaszczyki czy żakiety, bawełniane dalej są  wiskozowe koszule i tuniki, oraz kilka par spodni. Nie ma tu kolorów. Tzn są jeśli zaliczacie do nich czerń, biel i szarość. Wszystko jest bardzo wygodne, bez drapiących, czy uwierających elementów, które mogłyby mnie rozpraszać podczas pracy czy rozmowy.

Natomiast w zamykanej szafie, mam swoje własne przejście do Narnii. Jest tam moc sukienek, krótkich, długich, zwiewnych i dopasowanych. Są kolory, trochę wzorów i również dość sporo czerni. Oprócz sukienek mam tam schowane wszystkie niezbędne basicowe elementy, są tuniki, flanelowe koszule, cienkie narzutki, spódnice (raczej długie, z krótkich mam obecnie szt.: 1). Innymi słowy jest tam wszystko to w czym mogę chodzić po domu, co chętnie i z przyjemnością założę na wycieczkę do lasu, czy nad jezioro lub czym po brzegi wypełnię walizkę lub plecak w przypadku wyjazdu na wakacje.

Nie jest jednak tak, że zawsze mocno rozgraniczam te dwie przestrzenie, czasami np wyciągam z szafy oficjalnej, wyciągam sobie z dwie białe koszule i zabieram ze sobą na wakacyjny odpoczynek (o tutaj, możecie sobie nawet zobaczyć).




Jeśli chodzi o dodatki to tu jest parę ciekawostek. Pierwsza z nich jest taka, że od dobrych paru lat (wydaje mi się, że od 4), nie kupiłam ani jednej torby (wow, jak sobie teraz o tym pomyślę, to naprawdę mam ochotę przybić sobie piątkę!). Za to uszyłam ich już dosyć sporo, większość poszła na prezenty dla najkochańszych znajomych i rodziny, a część modeli mam u siebie. Są to lekkie jak piórko, materiałowe torby, na zakupy, na plażę, na co dzień ( możecie je sobie podejrzeć tutu i tu).

Nie posiadam w ogóle biżuterii. Nic, a nic. Ostatnio nawet pogubiły mi się rzemyki, w których czasem hasam sobie latem. Nie kupuję, nie noszę, jest to dla mnie na obecną chwilę całkowicie zbędne.

Mam za to całkiem spory zestaw okularów, który regularnie odświeżam i uzupełniam (wiecie, te małe gagatki jeśli nie są odpowiednio zabezpieczone , bardzo lubią się zarysowywać lub wręcz rozgniatać w odmętach torebek).

Obecnie mam dokładnie 7 par butów w których chodzę w ciągu roku (policzyłam zimówki, wiosenno-jesienne i letnie). Żadne z nich nie posiadają obcasów. Planuję to minimalistyczne grono jednak wkrótce powiększyć o trampki i jeszcze jedne sandałki (sandały to najlepsi letni przyjaciele).

I jak wiecie, mam słabość do kapeluszy z dużym rondem. Dotąd w duchu minimalizmu starałam się mieć pod ręką tylko jeden, który do momentu ostatecznej eksploatacji, po prostu zamieniałam innym zwykle podobnym, ale w tym momencie mam ich 3 i póki co nie rozglądam się za niczym nowym. Z kapeluszami jest niestety problem przechowywania. Jeśli nie ma się na niedostatecznie dużych okrągłych pudełek, które osłonią je przed zagnieceniami i przede wszystkim kurzem to jest dosyć ciężko.

I tak to mniej więcej wygląda. Post wyszedł dość obszerny, ale mam nadzieję, że jego lektura lekką Wam będzie!

Za zdjęcia dziękuję Kasi.




* Cóż... chyba minęło mi to pełne rozemocjonowania młodzieńcze zauroczenie. Zastąpiła je za to proza obdartego z różu życia, gdzie zamiast podziwiać wymyślne wzory i kolory nowej kolekcji, widzi się tylko tony tych samych rzeczy i sztuczny połysk poliestru.


poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Moja hodowla kiełków



Bardzo lubię gotować. Raz na miesiąc. Lub na dwa. A wszystko co upiekłam w ciągu życia to młodzieńcze, jeszcze gimnazjalne eksperymenty z bezami (czułam się wtedy bezową mistrzynią, nawet jeśli wychodziły brązowe), dyniowy, halloweenowy placek, który miał dosłownie 2cm grubości (też czasy gimnazjum) i jabłka z cynamonem zapiekane pod kruszonką (to akurat tegoroczne dzieło i wyszło wyśmienicie, mam na to świadków, którzy mogą poręczyć). Jestem za to bardzo dobra w zupach (naprawdę wychodzą bardzo w porządku, sama się dziwię!), a to co chyba najczęściej wychodzi spod mich rąk to sałatki i najrozmaitszych rodzajów smoothie i shake'i, czyli minimum wysiłku i czasu. Wrzucasz, mieszasz/blendujesz, jesz i biegniesz dalej.


Jednym z moich ulubionych dodatków do powyższych sztandarowych wytworów kulinarnych są kiełki. Zwykle kupowałam je gotowe, lub dostawałam trochę mieszanki nasion od siostry, ale w tym roku postanowiłam zająć się ich hodowlą w nieco szerszym zakresie.



Trochę eksperymentowałam, niektóre próby całkowicie się nie udały, inne bardzo pozytywnie zaskoczyły! Gotowe mieszanki nasion na kiełki to prościzna, pójście na skróty i moim zdaniem delikatne przepłacanie (to już lepiej kupić sobie gotowe w tej samej cenie!). Pierwsze co próbowałam skiełkować to brązowy ryż, dynię i grykę (kasza gryczana niepalona). Próby z ryżem i dynią, się nie powiodły, ale gryka pięknie mi skiełkowała i o ile bardzo nie lubię w smaku kaszy gryczanej, to kiełki uważam za wyborne! Potem doszła jeszcze zielona soczewica, która również się udała.


Jak  się  do  tego  zabrać ?

Nasionka umieszczam w małych plastikowych pojemniczkach z Ikei (do tej pory z powodu swojej nieszczelności leżały w szufladzie odłogiem, teraz w końcu się na coś przydały!). Najpierw namaczam w większej ilości wody na parę godzin, lub na całą noc, potem po uprzednim przepłukaniu odsączam nadmiar wody. Kiełki trzeba płukać co najmniej 2 razy dziennie, w przypadku gryki polecałabym nawet z 3-4 razy. Trzymam je w kuchennej szafce gdzie mają temperaturę pokojową i cień.





Dlaczego  kiełki?

Jak powszechnie wiadomo rośliny magazynują w nasionach moc dobroci, ale dopiero po zetknięciu z bodźcem jakim jest woda zaczynają one wydzielać enzymy, co objawia się kiełkowaniem. Enzymy rozkładają substancje odżywcze zawarte w nasionach, tak że te stają się łatwo przyswajalne przez nasze organizmy i dopiero wtedy możemy całkowicie z nich skorzystać. Do tego są źródłem witamin i mikroelementów. Kiełki soczewicy na przykład są bogate w kwas foliowy, potas, wapno, magnez, czy witaminę C. Kiełki gryki również zawierają żelazo i wapń, a to tego rutynę i lecytynę.
Co ważne, zawierają też podobno przeciwutleniacze, które z kolei wspierają naturalne mechanizmy obronne komórek człowieka (przeciwdziałają rozwojowi komórek nowotworowych). A to i tak tylko rodzaj ogólnego streszczenia tego co oferują te młodziutkie roślinki.

Jeśli chcecie przyjrzeć się bliżej moim kiełkowym przygodom i eksperymentom, to wpadajcie na mojego snapa >> kokijaze, tam na pewno nie raz pokażę z jakimi gagatkami się obecnie borykam!




wtorek, 12 kwietnia 2016

Ploskie jeziora - Miedwie



Kolejny mega długi post dla Was przygotowałam, zawierający solidną porcję zdjęć, przy których mam nadzieję nie przyjdzie Wam się nudzić!

Dziś rzecz będzie o polskich jeziorach. Wprawne oko dostrzeże, że te parę skromnych wpisów (Polskie lasy, Złota godzina, Piaskowe labirynty, Nadmorskie klify) rozrosło mi się w cały cykl o polskim krajobrazie. Cóż rzec... Mickiewicz o polskiej przyrodzie pisał ballady, ja kleję posty. Pomysł na ten, powstał kiedy przed świętami udało mi się spędzić trochę czasu na pięknym jeziorem Miedwie, które położone jest w północno-zachodniej części Polski. Pogoda była przepiękna, słoneczna, a miejsce mimo iż nastawione na turystów i szukających odpoczynku z okolic, bardzo spokojne i ciche. Szum poruszanego delikatnie wiatrem jeziora i odgłosy wodnego ptactwa przyjemnie relaksowały i koiły. Nie mogło być lepiej!*

Jezior w Polsce mamy sporo, jeśli spojrzycie na mapę, to bardzo szybko dostrzeżecie, że największe ich zbiorowiska znajdują się na północy naszego kraju. A wszystko to za sprawą lądolodu, który w okresie zlodowaceń plejstoceńskich trochę te tereny jednak przeorał**. Stąd większość jest jeziorami polodowcowymi (morenowymi lub rynnowymi). 

11*** największych  to kolejno: Śniardwy, Mamry, Łebsko, Dąbie, Miedwie, Jeziorak, Niegocin, Gardno, Jamno, Wigry, Gopło.

A 10 najgłębszych to następująco: Hańcza, Drawsko, Wielki Staw, Wigry, Wdzydze, Wuksniki (czy tylko ja sobie tak łamię język i oczy na tych nazwach??), Babięty Wielkie, Morzycko, Trześniowskie.



Możecie wierzyć lub nie, ale na tych bagienkach, w suchych szuwarach umościł sobie legowisko pewien czarno-biały koteł, który nic sobie nie robił z tego, że znajduje się na malutkim skrawku suchości pośród mokradeł i najspokojniej w świecie wygrzewał się na słońcu.


Miedwie jest zatem na 5 miejscu, co do wielkości polskim jeziorem, jego powierzchnia to ok 35km2 (sporo!). Jest  pozostałością po lądolodzie, typu rynnowego, a więc charakteryzuje je podłużny, raczej wąski kształt i znaczna głębokość. 


A tutaj natknęłam się na żerowisko bobrów. Świeżo ścięta przez nie brzoza, wylewała morze soku!


Podobno siła siekaczy tego wielkiego gryzonia (tak, bobry, należą do gryzoni!) potrafi osiągnąć nawet kilka ton na cm2. Są cały czas ścierane, ale i rosną przez całe życie. 


A tak wygląda żeremie bobrów, niepozorny kopczyk, zbudowany z mułu i gałęzi. Bobry mieszkają tam zazwyczaj całą rodzinką, śpią i gromadzą zapasy. Oczywiście, żaden nie wystawił nawet nosa, ale to było do przewidzenia, bo są to zwierzęta wiodące raczej nocny tryb życia, wiec o ile żadnego nie zbudziłam (starałam się być naprawdę, ale to naprawdę cicho!), to w dzień słodko sobie spały, śniąc o młodych, świeżych gałązkach do schrupania.


*No dobra, mogło. Mogłam zostać tam dłużej.
** Nie wiem dlaczego, ale lądolód zawsze kojarzył mi się z Buką. I kiedy tylko o nim czytam, albo słucham, zaraz w tle włącza mi się muzyczka z Muminków, kiedy Buka nadciągała do doliny ( #strasznerzeczy).
*** Wiem, że dyszka jest standardem, ale chciałam koniecznie włączyć Gopło, więc podałam 11 jezior, a nie 10. Bo i kto mi zabroni?

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Szczecin



Ostatnim razem po wizycie w Szczecinie nie napisałam o nim zbyt wiele dlatego tym razem postanowiłam, że poświęcę temu miastu caały dłuugi post (jeśli zajrzycie niżej, zgodzicie się ze mną, że nie szczędziłam migawki).
Zupełnie jak ostatnim razem było dość chmurno i popadywało od czasu do czasu, ale podobno jest to normą bo docierają tam masy polarnomorskiego powietrza znad Atlantyku, które jest po prostu wilgotne (swoją drogą nie zazdroszczę). Jednak ani szarość (nie było w sumie najgorzej, z rzadka przebijały się nawet skrawki błękitnego nieba i słońce), ani przelotne deszcze nie były mi straszne, uzbrojona w mapę i aparat postanowiłam przyjrzeć się bliżej temu miastu, jego uliczkom, architekturze i  ludziom.









Szczecin podobnie jak Wrocław leży nad Odrą, jest stolicą województwa zachodniopomorskiego, jest trzecim miastem w Polsce pod względem wielkości powierzchni i siódmym pod względem liczebności. Centrum miasta składa się z wielkich rond i ulic, przy których stoją eklektyczne kamienice, całość składa się na gwieździsty układ urbanistyczny (dla przykładu Paryż również taki posiada).




Naprawdę polecam wybrać się na Wały Chrobrego, jest tam sporo interesujących obiektów architektonicznych, a ze wzgórza rozciąga się widok na Odrę i port.






Gospodarka Szczecina to w głównej mierze gospodarka morska, dużo kręci się wokół portu. Dawniej działała tu Stocznia Szczecińska, ale paru ludzi na górze doprowadziło ją w 2002 do upadku.  Funkcjonują natomiast stocznie remontowe, nie produkuje się tam co prawda nowiutkich fancy statków, ale remonty też są potrzebne.
Niestety, ale w mieście widać prawie jak na dłoni, że pewien ważny dla tamtejszej gospodarki filar podupadł. Nie ma jednak co smętnie wciąż spoglądać w przeszłość i narzekać, zwłaszcza, że od 2013 obowiązuje tam specjalna strefa ekonomiczna, baardzo korzystna dla przedsiębiorców bo niosąca możliwość zwolnienia z podatku dochodowego*.







* Pewnie Was zanudzam takimi rzeczami, ale musicie przetrwać. Takie sprawy zawsze zwracają moją uwagę i interesują, a potem mimowolnie opowiadam o nich dalej (np tutaj). Sto osób zanudzę, a dla jednej ta czy inna informacja może okazać się przydatna.

piątek, 18 marca 2016

Czas, najcenniejsza rzecz jaką masz



Niezależnie od Waszego wieku tak właśnie jest. A najgorsze jest to, że mało kto sobie to uświadamia, bądź jeśli nawet ta świadomość kiedyś była to i tak w toku codziennych spraw i problemów została wyparta i odesłana w zapomnienie.

Nikt z nas nie wie ile ma przypisanego czasu na tym padole. Spora część, zwłaszcza młodych ludzi żyje, jakby żyć miała wiecznie.
A wieczności niestety nie mamy. Do tego czas leci szybko i co rusz zaskakuje ilością lat, które mamy za sobą. Których w żaden sposób nie można przywrócić.

I teraz pytanie: Co teraz robisz ? W tym momencie i w tym momencie swojego życia.
Czy robisz rzeczy które uważasz za wartościowe? Takie, które w przyszłości zaprocentują? Czy czujesz, że robisz to co akurat powinnaś/nieneś robić? Czy może wręcz przeciwnie, czujesz że powinnaś/nieneś być gdzieś indziej i robić coś innego?

Bez względu czy jesteś jeszcze w szkole, matura przed Tobą, a zaraz po niej ostateczna decyzja o kierunku studiów, czy może już studiujesz i zastanawiasz się nad specjalizacją, bądź nad tym co potem... lub jeśli jesteś jedną/nym z tych dla których potem już nadeszło i rzeczy dla Ciebie się po prostu dzieją* - te pytania są aktualne.

Na każdym etapie życia można robić bardzo dużo, wartościowo i w zgodzie z samym sobą. Można równie dobrze robić bardzo mało, tylko tyle ile się od nas wymaga, nic ponad to, nigdy z własnej inicjatywy. I w końcu, można robić bardzo, bardzo dużo bezwartościowych rzeczy, które po prostu świetnie zabijają czas, dają chwilową rozrywkę, spełniają oczekiwania innych.

Pozwolę sobie przytoczyć takie śmieszne, wydać by się mogło nieco złośliwe, ale jednocześnie jakże brutalnie prawdziwe zdanie, które być może nie raz słyszałyście/liście:

Chodzimy do pracy, której nienawidzimy, kupujemy rzeczy których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować tym, których nie lubimy. 

Być może się uczysz, ale robisz to dla siebie, bo to lubisz, czujesz, że Ci się to przyda, czy może dlatego, że tego wymagają Twoi rodzice? Być może studiujesz to co lubisz, ale czy dostatecznie się angażujesz, czy wykorzystujesz możliwości i już zabiegasz o zdobywanie doświadczenia?
Być może zarabiasz pieniądze, ale czy się rozwijasz i czy czujesz satysfakcję? Na ile wyceniasz swój czas? Na co chcesz go przeznaczyć? I w końcu, komu chcesz go podarować?

Dużo pytań w tym poście i jednocześnie żadnych odpowiedzi, ale te musicie już wypracować sobie sami. Jednocześnie wierzę, że pomogą one w uporządkowaniu głowy tym, którzy mają w niej obecnie chaos i będą ożywiającym bodźcem dla tych, którzy zastygli w schemacie dnia codziennego.




* Autorka tego bloga w ten sposób zwykle określa wydarzenia i przygody, ale w tym wypadku chodzi niestety o rutynę dnia codziennego.

wtorek, 8 marca 2016

6 pomysłów na Dzień Kobiet


Z okazji Dnia Kobiet przychodzę do Was dzisiaj z paroma pomysłami na to jak można świętować ten dzień, jak można go sobie dodatkowo umilić, jak wartościowo spędzić, nie biegnąc przy tym od razu na wielkie ciuchowe zakupy:








1. Wanna. Jeśli ją masz, umiejętnie ją wykorzystaj! Jest to mój nr jeden na tej liście ponieważ posiadam jedynie prysznic, który jest co prawda super eko, ale który jednocześnie nie potrafi spełnić mojego wyściełanego pachnącą pianą marzenia o dłuuugiej, gorącej kąpieli z olejkami (i z możliwymi innymi atrakcjami). Na co dzień nie mam podobnych zmartwień, ale raz na rok nadchodzi taki dzień (a najczęściej wieczór), kiedy wizja opisanej wyżej  wanny spływa na mnie jak prawda objawiona.

2. Wino. To zawsze dobry pomysł. Schłodzone, przegryzane owocami, w kieliszku, który wrecz idealnie leży w dłoni. Albo gorące, z pomarańczą i przyprawami korzennymi (co z tego że sezon na grzance dawno się skończył? Znacie osoby które w obliczu trunku który daje tyle możliwości, przejmują się takimi detalami?
Ja nie.)



3. Kwiaty. Te jakoś dziwnym trafem, przy tego typu okazjach nigdy nie chcą wpadać w moje ręce. Dostaję zazwyczaj różnego rodzaju słodkości, które są mi potem skrupulatnie wyjadane (Przypadek? Nie sądzę.).
Ale kwiaty? Niee, przecież to takie niepraktycznee... Dlatego zmuszona jestem kupować je sobie sama, i Wam radzę nie marnować czasu i zrobić dokładnie to samo. Nic tak nie umila śniadania, porannej herbaty czy popołudniowej kawy jak kwitnące, roślinne towarzystwo. Do tego jeśli czynnie prowadzicie instagrama, a jego estetyka jest dla Was ważna, to kwiaty mogą się tu okazać bardzo przyjazne.




4. Zdjęcia. Kiedyś zdjęcia się oglądało, dzisiaj, mam wrażenie, że się je tylko robi. To dość przykre, bo zdjęcia zupełnie jak wino, nabierają mocy z wiekiem. Dlatego moją kolejną propozycją jest pełen refleksji wieczór nad zdjęciami, tymi wywołanymi, robionymi jeszcze analogiem z dzieciństwa, ale i tymi cyfrowymi, pochowanymi w najstarszych folderach, do których od lat nie zaglądałyście, bo nigdy nie było na to czasu, bo nigdy nie było Wam po drodze. Odgrzebcie w szafie lub w pudłach stare płyty lub inne dyski, które przechowują zdjęcia dokumentujące to jak dorastałyście, jak stawałyście się kobietami, którymi jesteście dzisiaj. To jest super sprawa, taki powrót do przeszłości, odświeżanie wspomnień, analiza zmieniającej się rzeczywistości i własnej osoby (z zewnątrz i we wnętrzu). Do czegoś takiego można usiąść w samotności (np z winem!) i zatonąć na długie godziny. Jeśli ma się swoją drugą połówkę to można ją zaprosić aby się przyłączyła, będzie to wtedy świetną okazją do jeszcze lepszego poznania się, snucia sentymentalnych opowieści etc... Można też skrzyknąć się z koleżankami i urządzić sobie całe piżama party, którym motywem przewodnim będzie właśnie oglądanie wspólnych zdjęć i wspominanie pięknych czasów młodości i beztroski (też najlepiej z udziałem wina! Ewentualnie popcornu!)




5. Witaminy. No dobra, starczy tego wina. Osobom niepijącym polecam uzbroić się w kosz ulubionych owoców i warzyw i  wyciśnięcie z nich wszystkich soków. Dosłownie. Albo skomponowanie najróżniejszych smoothies. Sama praktykuję takie rzeczy bardzo często, zastępuję wtedy takimi świeżo wyciśniętymi sokami kawę, na dzień-dwa, czasem tydzień (jeśli jest lato, moc owoców, a kawa przestaje być niezawodna).




6. Film. Obowiązkowo z kobietami w rolach głównych. I przychodzi mi ich teraz do głowy wręcz całe mrowie, a są tak różnorodne, że wręcz niezręcznie jest mi je umieszczać na jednej liście, ale niewątpliwie wszystkie posiadają jeden wspólny pierwiastek dlatego mimo wstępnego wahania, polecam Wam zapoznać się z następującymi pozycjami: Brave, Frozen, Maleficent, The Help, Desert Flower, Salt, Lucy, Mad Max: Fury Road, Death Proof, Monster, Lovelace, Big Eyes, La vie d'Adele.
Dajcie znać co już oglądałyście/liście i co ewentualnie jeszcze można dorzucić do tej listy.


Kończąc tego posta chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze! Rozwijajcie swoje talenty i umiejętności. Mierzcie wysoko i osiągajcie swoje cele. Realizujcie marzenia. Bądźcie asertywne, nie bójcie się mówić Nie. Bądźcie też otwarte na to co nowe i nieznane. Przeżywajcie przygody. Poznawajcie nowych wspaniałych ludzi i miejsca. Nie bierzcie wszystkiego na siebie, delegujcie codzienne zadania, dzielcie się obowiązkami. Nie przejmujcie się tym co inni mogą powiedzieć. Ufajcie swojemu osądowi i niech moc będzie z Wami!