.

.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Ploskie jeziora - Miedwie



Kolejny mega długi post dla Was przygotowałam, zawierający solidną porcję zdjęć, przy których mam nadzieję nie przyjdzie Wam się nudzić!

Dziś rzecz będzie o polskich jeziorach. Wprawne oko dostrzeże, że te parę skromnych wpisów (Polskie lasy, Złota godzina, Piaskowe labirynty, Nadmorskie klify) rozrosło mi się w cały cykl o polskim krajobrazie. Cóż rzec... Mickiewicz o polskiej przyrodzie pisał ballady, ja kleję posty. Pomysł na ten, powstał kiedy przed świętami udało mi się spędzić trochę czasu na pięknym jeziorem Miedwie, które położone jest w północno-zachodniej części Polski. Pogoda była przepiękna, słoneczna, a miejsce mimo iż nastawione na turystów i szukających odpoczynku z okolic, bardzo spokojne i ciche. Szum poruszanego delikatnie wiatrem jeziora i odgłosy wodnego ptactwa przyjemnie relaksowały i koiły. Nie mogło być lepiej!*

Jezior w Polsce mamy sporo, jeśli spojrzycie na mapę, to bardzo szybko dostrzeżecie, że największe ich zbiorowiska znajdują się na północy naszego kraju. A wszystko to za sprawą lądolodu, który w okresie zlodowaceń plejstoceńskich trochę te tereny jednak przeorał**. Stąd większość jest jeziorami polodowcowymi (morenowymi lub rynnowymi). 

11*** największych  to kolejno: Śniardwy, Mamry, Łebsko, Dąbie, Miedwie, Jeziorak, Niegocin, Gardno, Jamno, Wigry, Gopło.

A 10 najgłębszych to następująco: Hańcza, Drawsko, Wielki Staw, Wigry, Wdzydze, Wuksniki (czy tylko ja sobie tak łamię język i oczy na tych nazwach??), Babięty Wielkie, Morzycko, Trześniowskie.



Możecie wierzyć lub nie, ale na tych bagienkach, w suchych szuwarach umościł sobie legowisko pewien czarno-biały koteł, który nic sobie nie robił z tego, że znajduje się na malutkim skrawku suchości pośród mokradeł i najspokojniej w świecie wygrzewał się na słońcu.


Miedwie jest zatem na 5 miejscu, co do wielkości polskim jeziorem, jego powierzchnia to ok 35km2 (sporo!). Jest  pozostałością po lądolodzie, typu rynnowego, a więc charakteryzuje je podłużny, raczej wąski kształt i znaczna głębokość. 


A tutaj natknęłam się na żerowisko bobrów. Świeżo ścięta przez nie brzoza, wylewała morze soku!


Podobno siła siekaczy tego wielkiego gryzonia (tak, bobry, należą do gryzoni!) potrafi osiągnąć nawet kilka ton na cm2. Są cały czas ścierane, ale i rosną przez całe życie. 


A tak wygląda żeremie bobrów, niepozorny kopczyk, zbudowany z mułu i gałęzi. Bobry mieszkają tam zazwyczaj całą rodzinką, śpią i gromadzą zapasy. Oczywiście, żaden nie wystawił nawet nosa, ale to było do przewidzenia, bo są to zwierzęta wiodące raczej nocny tryb życia, wiec o ile żadnego nie zbudziłam (starałam się być naprawdę, ale to naprawdę cicho!), to w dzień słodko sobie spały, śniąc o młodych, świeżych gałązkach do schrupania.


*No dobra, mogło. Mogłam zostać tam dłużej.
** Nie wiem dlaczego, ale lądolód zawsze kojarzył mi się z Buką. I kiedy tylko o nim czytam, albo słucham, zaraz w tle włącza mi się muzyczka z Muminków, kiedy Buka nadciągała do doliny ( #strasznerzeczy).
*** Wiem, że dyszka jest standardem, ale chciałam koniecznie włączyć Gopło, więc podałam 11 jezior, a nie 10. Bo i kto mi zabroni?

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Szczecin



Ostatnim razem po wizycie w Szczecinie nie napisałam o nim zbyt wiele dlatego tym razem postanowiłam, że poświęcę temu miastu caały dłuugi post (jeśli zajrzycie niżej, zgodzicie się ze mną, że nie szczędziłam migawki).
Zupełnie jak ostatnim razem było dość chmurno i popadywało od czasu do czasu, ale podobno jest to normą bo docierają tam masy polarnomorskiego powietrza znad Atlantyku, które jest po prostu wilgotne (swoją drogą nie zazdroszczę). Jednak ani szarość (nie było w sumie najgorzej, z rzadka przebijały się nawet skrawki błękitnego nieba i słońce), ani przelotne deszcze nie były mi straszne, uzbrojona w mapę i aparat postanowiłam przyjrzeć się bliżej temu miastu, jego uliczkom, architekturze i  ludziom.









Szczecin podobnie jak Wrocław leży nad Odrą, jest stolicą województwa zachodniopomorskiego, jest trzecim miastem w Polsce pod względem wielkości powierzchni i siódmym pod względem liczebności. Centrum miasta składa się z wielkich rond i ulic, przy których stoją eklektyczne kamienice, całość składa się na gwieździsty układ urbanistyczny (dla przykładu Paryż również taki posiada).




Naprawdę polecam wybrać się na Wały Chrobrego, jest tam sporo interesujących obiektów architektonicznych, a ze wzgórza rozciąga się widok na Odrę i port.






Gospodarka Szczecina to w głównej mierze gospodarka morska, dużo kręci się wokół portu. Dawniej działała tu Stocznia Szczecińska, ale paru ludzi na górze doprowadziło ją w 2002 do upadku.  Funkcjonują natomiast stocznie remontowe, nie produkuje się tam co prawda nowiutkich fancy statków, ale remonty też są potrzebne.
Niestety, ale w mieście widać prawie jak na dłoni, że pewien ważny dla tamtejszej gospodarki filar podupadł. Nie ma jednak co smętnie wciąż spoglądać w przeszłość i narzekać, zwłaszcza, że od 2013 obowiązuje tam specjalna strefa ekonomiczna, baardzo korzystna dla przedsiębiorców bo niosąca możliwość zwolnienia z podatku dochodowego*.







* Pewnie Was zanudzam takimi rzeczami, ale musicie przetrwać. Takie sprawy zawsze zwracają moją uwagę i interesują, a potem mimowolnie opowiadam o nich dalej (np tutaj). Sto osób zanudzę, a dla jednej ta czy inna informacja może okazać się przydatna.

piątek, 18 marca 2016

Czas, najcenniejsza rzecz jaką masz



Niezależnie od Waszego wieku tak właśnie jest. A najgorsze jest to, że mało kto sobie to uświadamia, bądź jeśli nawet ta świadomość kiedyś była to i tak w toku codziennych spraw i problemów została wyparta i odesłana w zapomnienie.

Nikt z nas nie wie ile ma przypisanego czasu na tym padole. Spora część, zwłaszcza młodych ludzi żyje, jakby żyć miała wiecznie.
A wieczności niestety nie mamy. Do tego czas leci szybko i co rusz zaskakuje ilością lat, które mamy za sobą. Których w żaden sposób nie można przywrócić.

I teraz pytanie: Co teraz robisz ? W tym momencie i w tym momencie swojego życia.
Czy robisz rzeczy które uważasz za wartościowe? Takie, które w przyszłości zaprocentują? Czy czujesz, że robisz to co akurat powinnaś/nieneś robić? Czy może wręcz przeciwnie, czujesz że powinnaś/nieneś być gdzieś indziej i robić coś innego?

Bez względu czy jesteś jeszcze w szkole, matura przed Tobą, a zaraz po niej ostateczna decyzja o kierunku studiów, czy może już studiujesz i zastanawiasz się nad specjalizacją, bądź nad tym co potem... lub jeśli jesteś jedną/nym z tych dla których potem już nadeszło i rzeczy dla Ciebie się po prostu dzieją* - te pytania są aktualne.

Na każdym etapie życia można robić bardzo dużo, wartościowo i w zgodzie z samym sobą. Można równie dobrze robić bardzo mało, tylko tyle ile się od nas wymaga, nic ponad to, nigdy z własnej inicjatywy. I w końcu, można robić bardzo, bardzo dużo bezwartościowych rzeczy, które po prostu świetnie zabijają czas, dają chwilową rozrywkę, spełniają oczekiwania innych.

Pozwolę sobie przytoczyć takie śmieszne, wydać by się mogło nieco złośliwe, ale jednocześnie jakże brutalnie prawdziwe zdanie, które być może nie raz słyszałyście/liście:

Chodzimy do pracy, której nienawidzimy, kupujemy rzeczy których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować tym, których nie lubimy. 

Być może się uczysz, ale robisz to dla siebie, bo to lubisz, czujesz, że Ci się to przyda, czy może dlatego, że tego wymagają Twoi rodzice? Być może studiujesz to co lubisz, ale czy dostatecznie się angażujesz, czy wykorzystujesz możliwości i już zabiegasz o zdobywanie doświadczenia?
Być może zarabiasz pieniądze, ale czy się rozwijasz i czy czujesz satysfakcję? Na ile wyceniasz swój czas? Na co chcesz go przeznaczyć? I w końcu, komu chcesz go podarować?

Dużo pytań w tym poście i jednocześnie żadnych odpowiedzi, ale te musicie już wypracować sobie sami. Jednocześnie wierzę, że pomogą one w uporządkowaniu głowy tym, którzy mają w niej obecnie chaos i będą ożywiającym bodźcem dla tych, którzy zastygli w schemacie dnia codziennego.




* Autorka tego bloga w ten sposób zwykle określa wydarzenia i przygody, ale w tym wypadku chodzi niestety o rutynę dnia codziennego.

wtorek, 8 marca 2016

6 pomysłów na Dzień Kobiet


Z okazji Dnia Kobiet przychodzę do Was dzisiaj z paroma pomysłami na to jak można świętować ten dzień, jak można go sobie dodatkowo umilić, jak wartościowo spędzić, nie biegnąc przy tym od razu na wielkie ciuchowe zakupy:








1. Wanna. Jeśli ją masz, umiejętnie ją wykorzystaj! Jest to mój nr jeden na tej liście ponieważ posiadam jedynie prysznic, który jest co prawda super eko, ale który jednocześnie nie potrafi spełnić mojego wyściełanego pachnącą pianą marzenia o dłuuugiej, gorącej kąpieli z olejkami (i z możliwymi innymi atrakcjami). Na co dzień nie mam podobnych zmartwień, ale raz na rok nadchodzi taki dzień (a najczęściej wieczór), kiedy wizja opisanej wyżej  wanny spływa na mnie jak prawda objawiona.

2. Wino. To zawsze dobry pomysł. Schłodzone, przegryzane owocami, w kieliszku, który wrecz idealnie leży w dłoni. Albo gorące, z pomarańczą i przyprawami korzennymi (co z tego że sezon na grzance dawno się skończył? Znacie osoby które w obliczu trunku który daje tyle możliwości, przejmują się takimi detalami?
Ja nie.)



3. Kwiaty. Te jakoś dziwnym trafem, przy tego typu okazjach nigdy nie chcą wpadać w moje ręce. Dostaję zazwyczaj różnego rodzaju słodkości, które są mi potem skrupulatnie wyjadane (Przypadek? Nie sądzę.).
Ale kwiaty? Niee, przecież to takie niepraktycznee... Dlatego zmuszona jestem kupować je sobie sama, i Wam radzę nie marnować czasu i zrobić dokładnie to samo. Nic tak nie umila śniadania, porannej herbaty czy popołudniowej kawy jak kwitnące, roślinne towarzystwo. Do tego jeśli czynnie prowadzicie instagrama, a jego estetyka jest dla Was ważna, to kwiaty mogą się tu okazać bardzo przyjazne.




4. Zdjęcia. Kiedyś zdjęcia się oglądało, dzisiaj, mam wrażenie, że się je tylko robi. To dość przykre, bo zdjęcia zupełnie jak wino, nabierają mocy z wiekiem. Dlatego moją kolejną propozycją jest pełen refleksji wieczór nad zdjęciami, tymi wywołanymi, robionymi jeszcze analogiem z dzieciństwa, ale i tymi cyfrowymi, pochowanymi w najstarszych folderach, do których od lat nie zaglądałyście, bo nigdy nie było na to czasu, bo nigdy nie było Wam po drodze. Odgrzebcie w szafie lub w pudłach stare płyty lub inne dyski, które przechowują zdjęcia dokumentujące to jak dorastałyście, jak stawałyście się kobietami, którymi jesteście dzisiaj. To jest super sprawa, taki powrót do przeszłości, odświeżanie wspomnień, analiza zmieniającej się rzeczywistości i własnej osoby (z zewnątrz i we wnętrzu). Do czegoś takiego można usiąść w samotności (np z winem!) i zatonąć na długie godziny. Jeśli ma się swoją drugą połówkę to można ją zaprosić aby się przyłączyła, będzie to wtedy świetną okazją do jeszcze lepszego poznania się, snucia sentymentalnych opowieści etc... Można też skrzyknąć się z koleżankami i urządzić sobie całe piżama party, którym motywem przewodnim będzie właśnie oglądanie wspólnych zdjęć i wspominanie pięknych czasów młodości i beztroski (też najlepiej z udziałem wina! Ewentualnie popcornu!)




5. Witaminy. No dobra, starczy tego wina. Osobom niepijącym polecam uzbroić się w kosz ulubionych owoców i warzyw i  wyciśnięcie z nich wszystkich soków. Dosłownie. Albo skomponowanie najróżniejszych smoothies. Sama praktykuję takie rzeczy bardzo często, zastępuję wtedy takimi świeżo wyciśniętymi sokami kawę, na dzień-dwa, czasem tydzień (jeśli jest lato, moc owoców, a kawa przestaje być niezawodna).




6. Film. Obowiązkowo z kobietami w rolach głównych. I przychodzi mi ich teraz do głowy wręcz całe mrowie, a są tak różnorodne, że wręcz niezręcznie jest mi je umieszczać na jednej liście, ale niewątpliwie wszystkie posiadają jeden wspólny pierwiastek dlatego mimo wstępnego wahania, polecam Wam zapoznać się z następującymi pozycjami: Brave, Frozen, Maleficent, The Help, Desert Flower, Salt, Lucy, Mad Max: Fury Road, Death Proof, Monster, Lovelace, Big Eyes, La vie d'Adele.
Dajcie znać co już oglądałyście/liście i co ewentualnie jeszcze można dorzucić do tej listy.


Kończąc tego posta chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze! Rozwijajcie swoje talenty i umiejętności. Mierzcie wysoko i osiągajcie swoje cele. Realizujcie marzenia. Bądźcie asertywne, nie bójcie się mówić Nie. Bądźcie też otwarte na to co nowe i nieznane. Przeżywajcie przygody. Poznawajcie nowych wspaniałych ludzi i miejsca. Nie bierzcie wszystkiego na siebie, delegujcie codzienne zadania, dzielcie się obowiązkami. Nie przejmujcie się tym co inni mogą powiedzieć. Ufajcie swojemu osądowi i niech moc będzie z Wami!



wtorek, 1 marca 2016

Przedwiośnie i topienie marzanny



Jak widać nawet kiedy mamy słabe zimy, wiosna jakoś nie chce płynnie nastąpić, mimo iż początek marca idealnie by się pod to nadawał. Nie. U nas zawsze musi się ta pogoda babrać, jakby nie potrafiła się zdecydować, czy zastąpić jedną porę roku drugą, czy może jeszcze trochę przetrzymać tą która się właśnie kończy.

I choć we Wrocławiu można zobaczyć już krokusy i przebiśniegi to do rozkwitu wiosennej zieleni trzeba jeszcze poczekać - mówię to ja, ta która odlicza dni do wiosny wraz z końcem lata i która już miesiąc temu wyciągnęła książkę Łukasza Łuczaja, marząc przed snem o soku z brzozy i czosnku niedźwiedzim, więc przyznać podobną rzecz nie jest mi łatwo.

Natomiast to co mamy za oknem to klasyczny obraz przedwiośnia: duża zmienność pogody (w marcu jak w garncu), temperatury wahające się zwykle między 0, a 5 stopni, w roślinach co prawda już ruszają pierwsze soki, ale więcej dzieje się w ich wnętrzach niż na zewnątrz. Pączki są jeszcze szczelnie zamknięte, chroniąc się w ten sposób przed niespodziewanymi przymrozkami. Co śmielsze gatunki wychylają już minimalnie pierwsze zielone pędy. Są i takie, które już kwitną! Takim przykładem jest leszczyna (inaczej orzech laskowy), olcha( jak u leszczyny, są to podłużne, śmieszne, gąsieniczki), czy wierzba (bazie/kotki). Kwiaty tych drzew są co prawda niepozorne i łatwo je przeoczyć, ale już potrafią się dać we znaki alergikom (szczęśliwie takim nie jestem, ale z serca współczuję tym, którzy muszą się z tym dziadostwem męczyć).

Swoje przysposobienie do wiosny zaczęłam już dawno. Nie było to co prawda dramatycznym topieniem marzanny, ale z drugiej strony możliwe, że nie mniej bezlitosne - wiosenne porządki. Mające miejsce głównie w szafie, ale nie tylko. Pozbyłam się paru zniszczonych już części garderoby (kiepskiej jakości bawełna nie wybacza, dwa prania i ma się w szafie odzieżowego trupa). Jednej przypadkowej dziewczynie oddałam sporych rozmiarów, papierową torbę, wypełnioną po brzegi rzeczami, w które dłużej w ciągu roku wisiały na wieszakach niż były noszone i raczej nic nie zapowiadało, aby taki stan rzeczy miał się dla nich w przyszłości zmienić (potem dostałam od niej wiadomość, że wszystko pasuje zarówno rozmiarowo jak i stylem do tego co lubi nosić, także obie byłyśmy uszczęśliwione, ona zyskała nowe fajne ciuchy, ja wolną przestrzeń w szafie i satysfakcję, że rzeczy zamiast marnować się u mnie będą na chodzie gdzieś indziej. Taka świadomość potrafi być naprawdę pokrzepiająca, nawet w najbardziej szary, ubłocony pluchą, klasyczny dzień przedwiośnia).
Pozbyłam się z szafy również swetrów, które swoją metką ze składem hańbiły miano swetra. Zostały tylko takie, które posiadają minimum 20% wełny . Ten, który widzicie niżej na zdjęciach mam jakoś od 2 lat, posiada 60% wełny i należy do najczęściej noszonych przeze mnie rzeczy w chłodniejszych okresach.

A skoro już jesteśmy przy tym co mam tu na sobie to macie pierwsza okazję (o ile nie obserwujecie moich szyciowych poczynań na snapie -> kokijaze) przyjrzeć się bliżej pikowanemu kominowi i torebce, które przyszły na świat jakoś miesiąc temu i które od tego czasu niezłomnie towarzyszą mi w codziennej miejskiej bieganinie. Komin jest zapinany na rzepy i jesteśmy wręcz nierozłączni, a do torby muszę jednak doszyć jeszcze pas, żeby móc zakładać ją sobie na ramię.

Łoł, myślałam, że ten post będzie zawierał najwyżej trzy malutkie akapity, a tymczasem nazbierało się ich już ponad pięć. Pozwolę sobie zatem na tym poprzestać. Idę do kuchni po swoją pierwszą marcową w tym roku kawę, a Was zostawiam z moimi przedwiosennymi zdjęciami!