.

.

środa, 7 kwietnia 2010

j'ai  un  grand  mal  de  tete





Nadszedł czas na gorzkie żale. Miałam tego nie robić, ale moja  dzisiejsza potrzeba rozpaczania wcale nie maleje. Dlatego też podzielę się z wami moimi troskami co jest ceną jaką przyjdzie wam zapłacić za zbliżenie się do mojej (nie)wesołej postaci. Dopadło mnie potworne i przerażające widmo nadchodzących  egzaminów maturalnych (zawierających obowiązkową matematykę, do stu diabłów!), którymi Zachi desperacko starała sie wzbudzić postrach wśród trzecioklasistów, nieposkromionych w swej beztrosce. Ej, dopadło mnie to ohydztwo i teraz znęca się bezlitośnie nad moimi wnętrznościami.
Tak mi się przypomniało że podobno jeśli zbyt długo patrzy się w otchłań to skubana potrafi to spojrzenie odwzajemnić. I cholera, niech skonam, ale chyba właśnie się na mnie gapi! Ciarki człowieka przechodzą.
Bo obecnie wszystkie pierwotne plany wyglądają średnio realnie. Właściwie to mało co widzę... Czarna dziura, nic więcej. Koniec świata się zdarzy. Trudno, kiedyś to musiało nastąpić.
Wykrzesałam  w sobie maleńką iskierkę nadziei w postaci myśli iż cały ten krwiożerczy niepokój jest podobny do tego kiedy bałam się iść do gimnazjum bo był to zupełnie inny świat, o którym nie miałam jeszcze pojęcia. Mam nadzieję, ze ten niepokój jest podobnie nieuzasadniony.
Quel diable!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz