.

.

sobota, 24 marca 2012

Zupa z rzeżuchy




Zrobiłam dzisiaj. Tudzież starałam się zrobić. Coś tam wyyszłooo zielonego... Następnym razem koniecznie trzeba to zrobić z ostrygami. Należy być twardym. Twardym i nieustraszonym niczym (zalęgnięte bezwstydnie w mojej kuchni) mrówki.
I oglądałam ostatnio jakieś durnowate coś o bohaterach i tych drugich, tych złych... i pan powiedział tam, że jedni bez drugich nie mogą należycie funkcjonować, tak jakby sobie tego mateczka natura życzyła. I wyrzuciłam to z pamięci, bo i po co przechowywać takie durnotki... aż tu nagle, trach! Wszystko wróciło jak żywe! Patrzę. Zaglądam. I cóż widzę? Czyżby ktoś powstał z martwych? Po cichutku. W ukryciu. Nieśmiało wystawił nosek ze swojej bezpiecznej norki.
Jakże to cudownie! Jakże cudownie na duszy i sercu, w obliczu tego cichego pląsania, które chwyta i zabiera mnie w przeszłość abym mogła na powrót poczuć jak przyjemna jest zabawa, w którą tak dawno nie grałam.














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz